Nasza Gazeta

13 grudnia roku pamiętnego…

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Dział:: WYDARZENIA

Stan wojenny. Czołgi na ulicach. Dramat rodzin rozdzielonych drutami ośrodków internowania. Autor tego tekstu był za młody, aby trafić do „internatu” jak Piotr Siwek. Pamięta jednak czołgi na ulicy Chorzowskiej w Bytomiu, zmierzające nocą w kierunku Katowic. Jak się później okazało, jechały pod kopalnię „Wujek”.

Pokolenie 50+ nie zapomni do końca życia atmosfery tamtych dni. Matki załamujące ręce, bo nie ma co włożyć do garnka. Ojcowie w bezsilnej złości słuchający ściszonego radia Wolna Europa. Upokorzenie, kiedy zamiast plunąć komunistom i esbekom w twarz, należało im się kłaniać, aby nie złamali życia, kariery i planów. Nie wszyscy się kłaniali. Historia zapamięta tylko kilka nazwisk ludzi pierwszej „Solidarności”. Ale o sile tego ruchu nie decydowały jednostki, lecz masy. Każdy z kilkunastu tysięcy ludzi, do których nocą 13 grudnia załomotali milicjanci, ma udział w tym, że współczesna Polska- jaka jest taka jest - ale jest wolna.

 

Rozmowa z Piotrem Siwkiem z Orzesza, opozycjonistą z czasów pierwszej „Solidarności”, w czasie stanu wojennego internowanym w więzieniu Jastrzębie - Szeroka, wyróżnionym przez Prezydenta Andrzeja Dudę odznaczeniem „Za zasługi dla niepodległości”.

 

- Pamięta Pan zimę sprzed 36 lat?
- To była jedna z zim stulecia. Siarczysty mróz i opady śniegu dały się we znaki, jak nigdy wcześniej. Cieszyły się chyba tylko dzieci, bo z tego co pamiętam, z powodu ataku zimy przez tydzień lub dwa nie chodziły do szkoły.

- Pan nie miał problemu z przedzieraniem się przez zaspy śniegu. Zimę spędził Pan w więzieniu w Jastrzębiu-Zdroju.
- Ale w celach było potwornie zimno! Tych pomieszczeń nie ogrzewano. Zostawiona na noc herbata zamarzała w szklance. Siedziało nas w celi jedenastu. W rogu stała odsłonięta ubikacja.

- Siedział Pan z więźniami kryminalnymi?
- Nie. Politycznych osadzono razem. W sumie, dla internowanych w Jastrzębiu-Szeroka przygotowano trzy bloki na mniej więcej 450 osób. Więźniów politycznych traktowano gorzej, niż kryminalistów. „Grochówka” przypominająca w smaku i konsystencji zaprawę murarską, stanowiła podstawę naszego menu. Na takiej diecie chudliśmy i chorowali na potęgę. Zawały serca i zapalenia płuc były wśród internowanych na porządku dziennym.

- Kiedy Pana zgarnęli?
- Tak jak większość internowanych, nocą 13 grudnia. Z żoną i dwójką małych dzieci, jeden z chłopców miał półtora roku, a drugi trzy miesiące, mieszkaliśmy w domu razem z teściami. Ze snu, mniej więcej przed godziną drugą, wyrwał nas ciągły dzwonek do drzwi. Ktoś nacisnął przycisk i nie puszczał. Otworzyłem drzwi. Wpadło dwóch milicjantów z idiotyczną informacją, że muszę z nimi pojechać do zakładu Zręb Jaśkowice, gdzie wtedy pracowałem. Twierdzili, że doszło do śmiertelnego wypadku i powinienem być na miejscu. Wiedziałem, że coś jest nie tak, ponieważ nawet gdyby doszło do jakiejś tragedii, na pewno nie wzywano by mnie.

- Poszedł Pan z nimi?
- Nie miałem innego wyjścia. Dom otoczyło sześciu milicjantów. Zapakowali mnie do ciężarówki i zawieźli do Katowic na pierwsze przesłuchanie. W tym samym transporcie jechał Andrzej Czeczot, znany rysownik i karykaturzysta. On miał mniej szczęścia, bo nie pozwolili mu się nawet ubrać. Trząsł się na mrozie w samej koszuli i spodniach.

- Rodzina wiedziała, gdzie Pana wiozą?
- Nie. Żona dowiedziała się, że jestem w Jastrzębiu dopiero 24 grudnia. Przez ponad dziesięć dni rodzina nie wiedziała, co się ze mną dzieje. Gdzie jestem i czy w ogóle żyję. Kiedy jechaliśmy z Katowic do Jastrzębia, w ciężarówce siedzieli z nami ZOMO-wcy uzbrojeni w karabiny maszynowe. Jeden z nich włożył mi lufę do ust. Miał rozbiegane, niespokojne oczy.

- Był pijany?
- Raczej nafaszerowany jakimiś środkami pobudzającymi.

- Podczas internowania władza próbowała Was też „zmiękczyć” psychicznie?
- Oczywiście. Proponowano nam, między innymi, abyśmy dobrowolnie wyjechali za granicę. A jak się nie zgodzimy, to wywiozą nas na Kubę. Młodsi Czytelnicy zapewne tego nie wiedzą, ale Kuba była wtedy symbolem najbardziej represyjnego, komunistycznego reżimu.

- Całe internowanie przesiedział Pan w Jastrzębiu?
- Na dziesięć dni przed zwolnieniem, przewieziono nas do ośrodka wypoczynkowego w Kokotku. Każdy dostał pojedynczy pokój z łazienką. Jedzenie było tam prawie tak dobre, jak w domu.

- Skąd te luksusy?
- Pobyt w Jastrzębiu dał nam w kość. Zmarznięci, niedożywieni i wycieńczeni wyglądaliśmy, jak jeńcy wojenni. Komuniści z powodów propagandowych nie mogli sobie pozwolić, aby wypuszczać na wolność ludzi w takim stanie.

- Zrębu Jaśkowice, zakładu w którym zaczęła się dla Pana przygoda z „Solidarnością”, już nie ma.
- Zakład nie przetrwał zderzenia z wolnym rynkiem. Szkoda. To była dobra i renomowana firma, zatrudniająca około tysiąca osób. To był jeden z pierwszych zakładów na Śląsku, które czynnie włączyły się w falę strajków latem 1980 roku. Widzieliśmy, co dzieje się w kraju. Strajkowało Wybrzeże, a na Śląsku najważniejszym punktem antykomunistycznego oporu była Huta Katowice. Pojechaliśmy tam, nawiązaliśmy pierwsze kontakty. Padło hasło, aby strajk zorganizować także w Zrębie. Pociągnęliśmy za sobą prawie całą załogę.

- Jest Pan zadowolony z tego, jak dalej potoczyła się rewolucja „Solidarności”?
- Nie do końca. Jak wielu moich znajomych z niepokojem, a nawet niesmakiem przyglądałem się obradom Okrągłego Stołu. Z niektórymi ludźmi nie powinno siadać się do rozmów.

- Jak Pan ocenia współczesne czasy. Nie ma Pan poczucia, że politycy zmarnowali etos „Solidarności”?
- Wielu ludzi sprzeniewierzyło się wartościom „Solidarności”, choć kiedyś uważałem ich za bohaterów naszego ruchu.

- Kogo ma Pan na myśli?
- Choćby redaktora naczelnego dużej i wpływowej gazety. Albo innego bohatera tamtych czasów, który przez lata wodził za nos esbecję, a teraz, podczas demonstracji afiszuje się przed kamerami z ludźmi oskarżonymi o kryminalne przestępstwa.

- Ma Pan na myśli Adama Michnika i Władysława Frasyniuka, który stał się fanem KOD-u?
- Każdy, kto śledzi polityczne wydarzenia wie, o kogo mi chodzi.

- Nie żałuje Pan tamtych czasów, tych miesięcy przesiedzianych w „internacie”?
- Niczego nie żałuję. Na początku lat 80. przeczuwałem, że dojdzie w Polsce do społecznej rewolucji i chciałem mieć w tym swój udział. Mam swoją małą cegiełkę w historii.

Rozmawiał: Jerzy Filar

Czytany 372 razy Ostatnio zmieniany Czwartek, 11 styczeń 2018 11:29

Nasza Gazeta

EKO POWIAT