Nasza Gazeta

W powiecie mikołowskim lepiej nie umierać

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Dział:: WYDARZENIA

Gdyby to była książka, autor podzieliłby narrację na dwie części. Pierwszy tom byłby ciepły  i pogodny. To opowieść o życiu młodego, zdrowego i pełnego pasji chłopaka z Mikołowa. Ta część urywa się 25 lutego o godz.22:54.  Drugi tom opowiadałby o śmierci. Ale tej historii nikt nie wymyślił. To się wydarzyło naprawdę. Polecamy ten artykuł także władzom  powiatu. Nie są winni tej tragedii. Mogą jednak sprawić, aby już żadna rodzina w naszej okolicy nie musiała przeżywać takiego  dramatu, jak rodzice 23-letnego Łukasza.

 

Do godziny 22:54,
25 lutego 2018

 

Łukaszowi wiodło się dobrze. Wielu jego rówieśników mogło tylko marzyć o swoim mieszkaniu i przyzwoitych pieniądzach. On to miał. Nie znaczy, że rodzice rozpieszczali syna. Ojciec, były żołnierz i ratownik górniczy, twardo stąpał po ziemi. Mieli go jednego. Chcieli, aby miał dobry start. Łukasz studiował na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego. Był zdrowy na ciele i duchu. Kiedyś razem z ojcem oglądali w telewizji program o samobójcy. Łukasz skwitował, że z życia uciekają w taki sposób tylko tchórze. Nie stronił od dziewczyn, ale z żadną nie związał się na poważnie. Miał 23 lata. To nie jest wiek, kiedy myśli się o życiowej stabilizacji. Łukasz miał też pasję. Fascynowała go broń. Podobnie, jak 300 tysięcy Polaków, sprawił sobie pistolet czarnoprochowy. Na jego kupno nie trzeba zezwolenia, choć zabić z tego można. Strzelał gdzie i kiedy się tylko dało. Szczególnie upodobał sobie strzelnicę w Bieruniu. To jeden z najnowocześniejszych tego typu obiektów w regionie. Prawdziwa strzelnica XXI wieku. Kiedy 25 lutego syn długo nie wracał do domu, ojciec był przekonany, że właśnie tam się zasiedział. Trochę się niepokoił, że Łukasz nie odbiera telefonu, ale z „komórkami” przecież różnie bywa. Może wyciszył sygnał i nie słyszy, że ktoś dzwoni? W pobliżu stadionu AKS Mikołów mieszka też kuzynka ojca. Około godz. 18 usłyszała głuchy huk dobiegający z ogródków działkowych „Krokus”. Wtedy nie przywiązała do tego większej wagi. Robiło się coraz później. Ostatnia, około godz. 15, rozmawiała z Łukaszem przez telefon matka. Nie mówił, że się spóźni. Nie mówił nic, co mogłoby wzbudzić niepokój. W „Krokusie” mają swój ogródek. Zorientowali się, że brakuje kompletu, którego używał syn. Poszli na działkę…

 

Po godzinie 22:54,
25 lutego 2018

 

Syna znalazł ojciec. Leżał w altance w kałuży krwi. Były żołnierz i ratownik górniczy wiele widział w swoim życiu. Od razu się zorientował, że Łukasz nie żyje. Zastrzelił się ze swojego pistoletu. Ojciec zadzwonił na alarmowy 112. Ze zdenerwowania najpierw trzy razy wystukał „komórkę” syna, która rozpoczynała listę wybieranych ostatnio numerów. Zrelacjonował dyspozytorowi pogotowia, jaka jest sytuacja i że nie ma sensu podejmować reanimacji. Znajomy policjant powie mu później, że nie powinien od razu zdradzać, że syn nie żyje. Gdyby powiedział, że jest ranny, przysłaliby lekarza. Służby przyjechały bardzo szybko. Policja, prokurator i pogotowie. W karetce było dwóch ratowników medycznych. Na potrzeby śledztwa potwierdzili, że chłopak nie żyje, ale nie mieli uprawnień, aby wystawić kartę zgonu. To może zrobić tylko lekarz. Ratownicy odjechali. Tymczasem policjanci pojechali do domu Łukasza, aby poszukać listu pożegnalnego albo innego śladu sugerującego, że chłopak chciał popełnić samobójstwo. Nie znaleźli nic. Śledztwo w tej sprawie trwa do dziś. Przeszukano całą korespondencję elektroniczną Łukasza. Jego e-maile, sms-y, logowania na stronach internetowych. Nie znaleziono żadnego niepokojącego tropu. Żadnego słowa, które mogłoby dać odpowiedź na najważniejsze pytanie: dlaczego? Wrócili na ogródek mniej więcej po półtorej godzinie. W tym czasie policjanci, którzy byli przy zwłokach jeszcze raz wezwali pogotowie. Znów przyjechali ratownicy medyczni. Był środek lutowej nocy. Minus 14 stopni. Łukasz leżał w kałuży zakrzepłej krwi. Rodzina nie chciała opuścić tego miejsca, policja nie mogła. Ojciec zmarłego zrobił wszystkim herbaty. W prawie stutysięcznym powiecie mikołowskim nie było lekarza, który mógłby przyjechać i stwierdzić zgon. Jeden z policjantów podsunął pomysł. Jeżeli mają w rodzinie znajomego lekarza, niech go sprowadzą. Ojciec Łukasza znał kogoś takiego. Dzwonił, ale nikt nie odbierał. W końcu pojechali ze szwagrem do innej znajomej lekarki. Dała się namówić choć miała wątpliwości, czy nie łamie procedur i nie wchodzi w czyjeś kompetencje. Wystawiła kartę zgonu. O wpół do piątej nad ranem ciało Łukasza zabrała firma pogrzebowa. Ile czekaliby, gdyby nie mieli znajomej lekarki? Aż się obudzi jakiś lekarz w Mikołowie? Ten dramat nie rozgrywał się w Bieszczadach ani na podlaskiej wsi. Niecały kilometr od ROD „Krokus” znajduje się szpital powiatowy, wysoko oceniany w rankingu śląskich placówek służby zdrowia. Ta historia rodzi dwa pytania. Dlaczego młody, zdrowy, niesprawiający problemów chłopak popełnił samobójstwo? Tego nie dowiemy się nigdy. I drugie pytanie. Jak to jest możliwe, że w powiecie mikołowskim, w tak dramatycznej sytuacji, po znajomości trzeba szukać lekarza, który przyjedzie i stwierdzi zgon? Na to pytanie na pewno poznamy odpowiedź.

Jerzy Filar

Czytany 416 razy Ostatnio zmieniany środa, 11 lipiec 2018 11:35

Nasza Gazeta

EKO POWIAT